Strony

poniedziałek, 28 września 2015

Eren x Levi (xErwin?)

To dla niego
Tak więc..um, jakby tu zacząć..Pytałam was, który paring byłby lepszy, niestety jak na złość, wraz z komentarzami i głosami poza nimi...REMIS. Czemu..? ;-; Dlaczego ;-;
Takie pytania kłębiły mi się w główce, standard...;-; Ale pewnego pięknego wieczoru, do-doznałam olśnienia...Bo w końcu, nie musi chodzić tu tylko i wyłącznie o miłość, prawda? W sumie powinno...
Ale co miałam zrobić..? ;-; Nie chciałam zawieść, ani fanów paringu Eren x Levi, ani
fanów Erwin x Levi...Dlatego też powstało to, co powstać niekoniecznie musiało...;-;
Ale przynajmniej ujęłam to co...to co chciałam..? ;-; Miałam tę fabułę do Erwin x Levi. Ale postanowiłam to jakoś inaczej połączyć...Gomene za ten z lekka..um..nieogarnięty wstęp ;-;
Tak czy inaczej, napisałam, załamałam się i siedzę za łóżkiem, czekając na waszą opinię ;-;
Zapraszam do czytania...;-;
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Świat jest okrutny. Każdego dnia, ocieramy się o śmierć. Walczymy z chorobami, toksynami, katastrofami globalnymi...Dochodzi również do wojen domowych i nie tylko. Jednak największym niebezpieczeństwem dla siebie, jesteśmy my sami. Mówią, że Bóg stworzył człowieka na swój obraz. Dlaczego więc nie uchwycił również klejnotu, który drzemać powinien w sercu? Chodzi tu głównie o dobroć, miłość, a także o akceptowanie siebie nawzajem i empatię. To niby niewiele, a jak dużo by zmieniło...
Uśmiechając się delikatnie pod nosem, wysoki brunet trzymał rękę niższego mężczyzny w dłoniach. Uczucie jakie towarzyszyło mu w tej chwili, było nie do opisania. Miłość, którą obdarzył tą osobę, była ogromna. W najśmielszych snach, nie wyobrażałby sobie, że Levi odwzajemni jego uczucia. Jego twarz, która dotychczas wyrażała zero ekspresji, w tej chwili ukazywała nikłe szczęście. Lekki, lecz szczery uśmiech na bladej jak śnieg twarzy utrzymywał się przez cały czas. Drobne ciało wtulające się w odrobinę masywniejszego chłopaka, było zimne. Zimne nie od chłodu panującego na zewnątrz. Po prostu zawsze takie było. Kościste ręce oplotły się wokół szyi wyższego, a głowa oparta została o jego klatkę. Jaeger objął ukochanego w pasie, opierając się brodą o głowę czarnowłosego. Było tak przyjemnie. Tak ciepło, tak miło. Na wrażliwej skórze niższego mężczyzny, zaczęły lądować drobne płatki białego puchu. Delikatne małe kryształki lodu, połączone w niesamowicie urodziwe dzieło sztuki. W kobaltowych tęczówkach odbiło się światło włączających się latarni, powodując natychmiastowe przymknięcie jednej z powiek. Brunet odsunął się odrobinę od aktualnego obiektu zainteresowania, przekierowując wzrok w niebo. Kąciki jego ust w dalszym ciągu uniesione były ku górze, a ręce spoczywały na dłoni czarnowłosego. Na powrót spoglądając w oczy ukochanego, przekrzywił lekko głowę w bok. Zdając sobie sprawę z tego, że mężczyźnie jest coraz zimniej, w dalszym ciągu trzymając jego dłoń ruszył w stronę przystanku autobusowego. Nie zwracając większej uwagi na ludzi ich obserwujących, usiadł na ławce obok przystanku, a tuż obok, miejsce zajął Levi. Wydawał się być naprawdę zmęczony...Jednak nie było to nowością, a standardem. Codziennością. Podobnie jak jego złe samopoczucie. Eren wpatrywał się w dal, jakby było tam coś wartego uwagi. Choć uśmiech nie znikał z jego twarzy, w sercu panował niepokój i strach. Bał się. Sprowadził nie dość że na siebie, to jeszcze i na swego ukochanego, wiele problemów.
-Levi...przepraszam Cię -powiedział patrząc w dół.
Ackerman westchnął jedynie, przekierowując wzrok gdzieś w bok. Może i powinien był coś powiedzieć, lecz co mógłby..? Nie potrafił ująć w słowa, tego co czuł...
-Levi, proszę powiedz coś..-wyszeptał lekko marszcząc brwi, lecz jego partner w dalszym ciągu milczał. Brunet zacisnął mocniej pięść i przygryzł delikatnie wargę -Levi do jasnej cholery, nie jesteś na mnie zły?! -krzyknął w końcu, nie mogąc się już dłużej powstrzymać.
-....jestem. -odpowiedział, w dalszym ciągu jednak nie utrzymywał kontaktu wzrokowego z Erenem.
-Więc czemu jesteś taki spokojny...? Przecież oni mogli Cię zabić! -zerwał się na równe nogi i potrząsnął ciemnowłosym mężczyzną, który najwyraźniej nie przywiązywał do tego większej wagi.
-Nie zrobili tego, więc o co ten raban?
-Ale mogli! Czy Ty nie rozumiesz powagi sytacji?!
-Po pierwsze, zwracaj się do mnie z należytym szacunkiem. To ja tu jestem straszy. Po drugie, nie wydzieraj się na ulicy. A po trzecie...Rozumiem powagę sytuacji, aż za dobrze. Pomijając jednak ten fakt...Dlaczego wracasz do wydarzeń z przed paru dni? Mieliśmy o tym zapomnieć, a później razem wymyślić rozwiązanie, nieprawdaż?
-Levi do cholery..!
-Eren, irytujesz mnie. -skwitował i obrócił się tyłem do szczeniaka. Nie miał ochoty dalej ciągnąć tej dyskusji, która i tak nie doprowadziłaby ich do czegoś sensownego. Po paru minutach nadjechał wyczekiwany przez nich autobus. Nie odzywając się już do siebie przez całą podróż, wpatrywali się w okna.
A wszystko zaczęło się miesiąc temu, może więcej? Eren uzależnił się od hazardu. A to karty, a to jakieś automaty. Wszystko to wydawało się być miłym dodatkiem do życia. Jednak czy aby na pewno? Sam Jaeger nie potrafił dostrzec problemu, aż do tej pory. Najpierw przetracanie swoich własnych, a później również cudzych pieniędzy. Zapożyczanie się u obcych ludzi i rosnące długi z odsetkami każdego dnia. Ackerman, który nie był świadom tego co się dzieje, nie potrafił pomóc. Pewnego dnia jednak przyłapał swojego chłopaka na gorącym uczynku. Tym razem Eren grał w gry internetowe za pieniądze. Przetracił naprawdę sporą sumę. Para skłócona była ze sobą długi okres czasu. Brunet jednak zamiast zaprzestać swoich działań, dalej uprawiał hazard. Nie wyszło to na dobre, lecz to chyba oczywiste. Sprawiało mu to wielką przyjemność, frajdę. Swego rodzaju atrakcja z haczykiem...Dopiero kilka dni temu, seledynowe oczy dostrzegły to co ich właściciel spowodował. Wierzyciele, którym Jaeger winien był sporą ilość pieniędzy, porwali Levi'ego. Grozili zabiciem zakładnika, jeżeli brunet nie zwróci długu wraz z odsetkami. Na szczęście jednak, policja w porę zareagowała. Czarnowłosemu nie stało się nic, prócz otrzymania paru siniaków i zadrapań. Sprawa przycichła, ale dług pozostał, a mężczyźni wysyłali do Erena listy z pogróżkami. Chłopakowi nie pozostało nic innego jak poddać się jakiejś pracy, przynajmniej na pół etatu. Zarobki marne, ale zawsze coś. Każdy grosz się liczył. Jednak większość zarobionych przez parę pieniędzy, przekazywana była na terapię bruneta. W końcu trzeba było zacząć walczyć z uzależnieniem. Tak więc co by nie zrobili, zawsze wracali do punktu wyjścia...

****

-Więc mówisz, że masz duże problemy finansowe? -spytał Armin patrząc w seledynowe zapłakane oczy.
-Ta...A Levi się do mnie nie odzywa...A już prawie go udobruchałem! -lamentował, co jakiś czas ocierając łzy o rękaw białej koszuli swego przyjaciela, który nawiasem mówiąc, miał już tego serdecznie dość. Nie po to suszył ją rano, aby ponowić tą czynność wieczorem.
-Eren...J-ja sądzę, że powinieneś z nim porozmawiać na spokojnie...-stwierdził odsuwając się odrobinkę od bruneta.
-Próbuję od dobrych paru tygodni! Ach..ja już nie daje rady.
-Nawarzyłeś piwa, to teraz powinieneś je wypić...
-Armin doskonale wiesz, że ja nie rozumiem tych Twoich metafor czy co to tam jest...
-Prościej ujmując, musisz ponieść konsekwencje swojego postępowania. Ech...Wiesz..M-mam zaoszczędzone 5000...Może to niewiele...ale zawsze coś, racja?
-Co Ty chcesz przez to powiedzieć..?
-No...pożyczę Ci tą kasę -powiedział z lekkim uśmiechem na twarzy. Blond włosy rozwiał silny powiew wiatru.
-Ale...Te pieniądze..Nie miałeś ich przeznaczyć na studia? I na remont w domu..?
-No niby tak, ale studia mogą poczekać. Jeżeli chodzi o remont...Jean powiedział że sam się tym zajmie. -stwierdził wzruszając lekko ramionami. Widać jednak było, że blondynowi wcale nie łatwo było podjąć tą decyzje. Kąciki bladych ust niższego unosiły się ku górze, a wzrok skierowany był w stronę Erena. Ten zaś wpatrywał się w chodnik. Miał się zgodzić? Czy może raczej odmówić, aby przyjaciel spełnił swoje marzenia? Z jednej strony, te pieniądze pozwoliły by brunetowi spłacić chociażby część długu...Ale z drugiej...
-Jesteś pewien...? -spytał niepewnie, przy okazji delikatnie przygryzając wargę.
-Owszem. Czego nie robi się dla przyjaciół -zachichotał cicho i wyjął z kieszeni telefon komórkowy. Wszedł w kontakty, wybrał numer i zadzwonił do Jeana. Poprosiwszy go, aby wypłacił z konta zaoszczędzone 5000 rozłączył się. Nie musiał tłumaczyć dla kogo i z jakiego powodu. Doskonale znał sytuację finansową seledynowookiego idioty. Może nie spodziewał się tak do końca, że Arlert odda właśnie swoje pieniądze, ale cóż...Blondyn z powrotem schował urządzenie do kieszeni spodni, po czym skierował wzrok ku niebu. Ze swym przyjacielem nie zamienił już ani słowa. Po paru minutach ciszy, oznajmił że powinien już iść do pracy, więc kulturalnie pożegnał się i odszedł. Brunet znów został sam. Sam ze swoimi myślami. Już sam nie wiedział, dlaczego on właściwie tak bardzo kochał hazard. Przecież nigdy nie udało mu się wygrać, więc czemu zawsze liczył, że może następnym razem mu się poszczęści? To było bez sensu. Jak tak na to spojrzeć, Armin cały czas mu to powtarzał...
-Ech..Szkoda, że nie posłuchałem go wcześniej...


****

Dzień od rana zapowiadał się nie za dobrze. Niska temperatura utrzymująca się już od kilku dni, wcale nie zamierzała wzrosnąć, wręcz przeciwnie. Może i zbliżała się zima, lecz opady śniegu i wspomniana już wcześniej niska temperatura, nie były częstym zjawiskiem w Japonii. Owa pogoda niestety nie ułatwiała nikomu życia. Ludzie musieli jakoś dojechać do pracy, dzieci dotrzeć do szkoły, a studenci na ważne egzaminy...W tym oto gronie znajdował się niejaki Levi Ackerman. 34-letni pracownik jednej z firm marketingowych. Zarobki w miarę na poziomie, ludzie nie spoufalają się ze sobą, a to było dla czarnowłosego najważniejsze. Cisza. Mógł wykonywać zleconą robotę w spokoju, bez słuchania wywodów starszych, a już tym bardziej młodszych "kolegów" z pracy. Po prostu robił co musiał. Czasami nawet pracował po godzinach, aby więcej zarobić. W końcu, wraz z Erenem, jakoś musieli pozbyć się tego długu. Jednak co mógł, za taką śmieszną pensję?
-Levi, słyszałeś już? -spytała Isabel związując rozczochrane włosy w dwie kitki.
-O czym?
-No o tym, że będziemy mieli nowego pana naczelnego~~! -zatrajkotała radośnie podnosząc się z krzesła.
-I co w tym fajnego? -zapytał, nie odrywając się jednak od dotychczas wykonywanej pracy.
-No bo ten Takeda był okropnym zrzędą! Przestarzała generacja! Teraz pewnie dadzą jakiegoś młodego~!
-Isabel, czyżbyś desperacko poszukiwała faceta? -do rozmowy wtrącił się Farlan.
-Zamilcz śmiertelniku! -krzyknęła, jednocześnie uderzając przyjaciela w głowę.
Podczas kiedy pomiędzy dwójką "dzieciaków" toczyła się zacięta kłótnia, Ackerman wykonywał zlecone mu zadanie. Projekt reklamy odzieży męskiej. Dość wyzywającej odzieży męskiej. I tu rodzi się pytanie. Czy coś takiego w ogóle istniało? Sam nie wiedział o tym, że ubrania dla mężczyzn mogą być tak...skąpe. Aż do tej pory...Cóż, robota to robota, przynajmniej kasa za to była. Jedyny plus tej pracy.
Tego samego dnia, faktycznie pojawił się nowy naczelny wydziału marketingowego. Wysoki blondyn o niebieskich oczach. Stanowczy i surowy...Naprawdę nieprzyjemny gość. Może to niezbyt wiarygodne, ale Levi, tak jak i reszta pracowników, bardzo się tym przejął. W końcu chodziło tu o jego nowego szefa. Relacje z nim musiały być dobre.

****

Po rozmowie z Arminem, Jaeger wrócił do domu. Rozsiadł się wygodnie na kanapie i włączył telewizor. W sumie nie bardzo obchodziło go to co w nim puszczali. Chodziło jedynie o "sensowne" spędzanie czasu.
Co chwilę przełączał programy, jeden po drugim, w poszukiwaniu tego jedynego. W rezultacie jednak westchnął głośno, wyłączył urządzenie i powędrował do kuchni w celu przygotowania sobie czegoś ciepłego do picia. Zaparzył herbatę, a później jak to miał w zwyczaju, stanął z nią w progu wejścia do mieszkania. Wypatrywał swojego partnera. Było już późno. Zaniepokoił go fakt, że Ackerman'a w dalszym ciągu nie było w domu.
-Może znowu został po godzinach..? -zapytał, a odpowiedzi oczywiście nie uzyskał. Stał tak jeszcze kilka minut, po czym wrócił do mieszkania i okrył się kocem. Na zewnątrz było okropnie zimno. Dobrze, że wcześniej przygotował sobie herbatę.
-A może zrobię jakąś kolację? Levi musi być okropnie głodny..-w dalszym ciągu rozmawiając ze samym sobą, co chwilę popijając gorący napój, myślał. Powinien coś przygotować? Czy może nie? Jego zdolności kulinarne nie były najlepsze...Zwykle to jego partner gotował. Po dość długich przemyśleniach, zdecydował, że jednak lepiej będzie, kiedy nie zbliży się więcej do kuchenki.

****
-Levi, pozwól jeszcze na chwilę -usłyszał za plecami, kiedy już szykował się do wyjścia. Wypuścił powietrze z płuc, lekko zdenerwowany. Niedługo odjeżdżał jego ostatni pociąg. Musiał się pospieszyć, aby zdążyć.
Odwrócił się, a kobaltowym oczom, ukazał się nikt inny jak Erwin Smith, nowy naczelny działu marketingowego.Mimo iż miał ochotę zwyczajnie wyjść, nie zwracając na niego większej uwagi...Poszedł za blondynem do jego gabinetu. Sam nie wiedział czemu. Tak dla zasady? W końcu pracownik podlega swojemu szefowi...
-O co chodzi? -spytał patrząc w błękitne oczy.
-Cóż, jest coś co mnie dręczy...
-Przykro mi, ale nie jestem psychologiem. Mogę już iść?
-Źle mnie zrozumiałeś. Chodzi o to, że skądś Cię kojarzę...Znasz może chłopaka o imieniu Eren? Eren Jaeger.
Levi zaniemówił. Znał, znał aż za dobrze. Ale w tej chwili zastanawiało go jedno. Czyżby Erwin i Eren...znali się? Ale to byłoby mocno podejrzane.
-Tak, ale co to ma do rzeczy? -spytał marszcząc delikatnie brwi.
-Ach, więc dobrze skojarzyłem. -uśmiechnął się do siebie i podszedł odrobinę bliżej do ciemnowłosego pracownika.
-A mianowicie..?
-Hazard. Mówi Ci to coś? -jego uśmiech z delikatnego, zmienił się na szyderczy. Ackerman odruchowo cofnął się do tyłu i spojrzał na Erwina, jakby mówił: "Skąd o tym wiesz..?". To wszystko wydawało się być takie dziwne...Takie...niepoukładane...Dlaczego ktoś obcy, wiedział o ich problemach? -Zaskoczyłem Cię, prawda? Pewnie jesteś ciekaw, skąd posiadam takie informacje.
-Nie bardzo...-odpowiedział, choć tak naprawdę, bardzo go to ciekawiło.
-Haha, zadzierasz nosa co? A co gdybym...Pomógł wam spłacić długi?
-Stop. Znasz Erena, ale skąd wiesz o jego długach, co?
-Czyli jednak jesteś ciekaw. Cóż. Często bywam w salonie gier, do którego ten dzieciak przychodził.
-Uhm -czarnowłosy pokiwał lekko głową, że niby rozumie, ale tak naprawdę to...trudno było mu to wszystko przyswoić -Mam jednak pytanie.
-Pytaj.
-Powiedziałeś, że skądś mnie kojarzysz, ale ja nigdy w życiu nie widziałem Cię na oczy. Aż do teraz.
-Och, fakt. W gazetach było odrobinę głośno o Twoim zniknięciu -odpowiedział spokojnie blondyn, zaglądając do jednej z szafek. Wyjął stertę papierów, które najwyraźniej musiał po podpisywać.
-Aha...-faktycznie, po tym jak porwano Levi'ego, dziennikarze opublikowali wiele informacji na ten temat.
-Więc jak? Potrzebujecie pomocy, prawda?

****

Aby się nie nudzić, na powrót włączył telewizor, jednak jak na złość, nie leciało nic wartego uwagi. Oprócz bajek edukacyjnych dla dzieci. Nie było tajemnicą, że Jaeger z nudów, potrafił obejrzeć po kilka odcinków takich kreskóweczek. Bo co innego miał do roboty? Czekał jedynie na swojego partnera, który najwyraźniej wybrał wolność...Godzina 00:00, a Ackermana dalej nie było w mieszkaniu. Brunet powoli zaczął się poważnie martwić. Podniósł się z dotychczasowego siedziska, chwycił kurtkę którą wcześniej niedbale rzucił na kanapę i już miał wychodzić, kiedy drzwi do domu otworzyły się, a w ich progu pojawił się nikt inny jak Levi. Wszedł do środka, wcześniej otrzepując buty ze śniegu. Ściągnął szalik, szarawą czapkę i czarną przydługą kurtkę.
-Levi, gdzie byłeś? Martwiłem się o Ciebie! -krzyknął Eren patrząc w oczy mężczyzny.
-Nie ma o co. Jestem z powrotem, tak? -odpowiedział, po czym skierował się w stronę kuchni, aby zaparzyć sobie herbaty.
-No ale tak na poważnie, gdzie byłeś?
-W pracy. A gdzie miałbym być? -spytał specyficznie unosząc brew w górę.
-Z Tobą to się ciężko rozmawia...
-Cóż, jestem zmęczony. Idę się myć, a potem spać. Tobie też to radzę.
-Ja już się myłem!
-Akurat. Podejdź no mnie tu -wskazał palcem miejsce tuż przed sobą. Brunet posłusznie wykonał polecenie i podszedł do niższego mężczyzny.
-No i..?
-Chuchnij -powiedział spokojnie.
-A co Ty, alkomat..?
-CHUCHNIJ -zmienił ton głosu marszcząc brwi.
-O-okej...-ponownie zmuszony był do wykonania polecenia Ackermana. Kiedy chuchnął, wypuszczając powietrze z ust, Levi odwrócił się na pięcie i runął na ziemię. Brunet odruchowo zakrył usta dłońmi i przykucnął obok partnera. Ten powoli wstał, chwiejnym krokiem podszedł do lady, po czym otworzył okno i zaczerpnął świeżego powietrza. Tak, tego w tej chwili potrzebował. Kiedy doszedł już do siebie, skierował wzrok na wielkoluda.
-Eren, czy słyszałeś może o czymś takim jak pasta czy szczoteczka do zębów?
-A czemu nie? Wiem co to jest.
-A nie chciałbyś się z nimi bliżej poznać?
-Hę..?
-Jazda do łazienki szczylu, albo wepchnę Ci tą cholerną szczoteczkę do gardła. -powiedział stanowczo, marszcząc brwi. Przy okazji zacisnął też pięść. Nienawidził ludzi, którzy nie dbali o higienę osobistą. Z Erenem nie było jeszcze tak źle, wystarczyłoby go jedynie naprowadzić na dobrą drogę. Drogę ku czystości. Pełną środków dezynfekujących. Oj tak. Jaeger tymczasem siedział w łazience. No...może nie dosłownie. Szukał szczoteczki do zębów. Pasta była, ale bez szczoteczki nie da rady...
-No i co teraz? -zapytał sam siebie i westchnął głośno.
-Eren, w dalszym ciągu zanieczyszczasz środowisko?
-Levi?! J-Jak tu wszedłeś?!
-Otworzyłem wytrychem. Drzwi były otwarte, nie zamknąłeś ich. Mogę wiedzieć co Ty odstawiasz? Miałeś umyć zęby. To takie trudne?
-Nie mam szczoteczki!
-No i?
-To czym niby mam je umyć? Palcem?
-A znasz jakieś inne rozwiązanie? -uniósł specyficznie brew w górę, po czym wyszedł z łazienki. Seledynowooki ponownie westchnął i wycisnął trochę pasty na palec...

****

Następnego dnia, Ackerman tak jak każdego ranka, wstał i zaczął szykować się do pracy. Właściwie w nocy w ogóle nie spał. Za dużo spraw na głowie, ten cały stres dobijał go psychicznie. Do tego...Była jeszcze ta propozycja ze strony Erwina Smith'a. Nie podobała mu się, ani trochę. Jednak coś postanowić musiał, dlatego też rozmyślał nad tym całą noc, już miał odpowiedź. Wziął szybki prysznic, wypił herbatę, ubrał kurtkę, szalik i buty, po czym jak obowiązek nakazywał, wyszedł z domu.
W firmie pojawił się równo o 6:00. Zanim jednak zajął swoje stanowisko, udał się do gabinetu naczelnego wydziału marketingowego. Stanął na przeciwko wejścia, zapukał. Usłyszał pozwolenie na wejście, więc nacisnął klamkę i wszedł do środka.
-Och, to Ty. Chcesz czegoś konkretnego? -spytał Erwin patrząc na niższego mężczyznę.
-....Zgadzam się...
-Hm? Jeszcze raz, bo niedosłyszałem.
-Zgadzam się na Twoją propozycję...-ponowił odpowiedź przygryzając lekko wargę.
Blondyn zaśmiał się jedynie pod nosem, po czym podniósł się ze swojego krzesła obrotowego. Powolnym krokiem ruszył w stronę swojego pracownika. Wyciągnął rękę w jego stronę, gładząc blady, zimny policzek.
Drugą ręką objął mężczyznę w pasie.
-Kocham jedynie Twoje ciało, więc niczego więcej sobie nie wyobrażaj -szepnął mu do ucha ozięble, po czym przygryzł jego płatek. Na ten gest Levi wzdrygnął się odrobinę. Więc tak to miało od teraz wyglądać...?


****

Eren obudził się przed południem. Nad podziw wyspany. Podniósł się do pozycji siedzącej i przeciągnął leniwie. Rozejrzał się dookoła, przez chwilę siedział wpatrując się w jeden punkt przed sobą, a mianowicie w ścianę. Czy było tam coś ciekawego? Albo wartego uwagi? Nieszczególnie. Po prostu...Można powiedzieć, że chłopak zwyczajnie się zawiesił. W końcu jednak wstał i udał się do kuchni. Szybko przygotował sobie parę kanapek, którym tradycyjnie nadał miano swojego śniadania, a później tak jak podświadomość nakazywała, włączył telewizor.
-Same wiadomości~ Co to za telewizja...-westchnął głośno, biorąc do ust kanapkę. Po chwili usłyszał znajomą melodię. Dzwonił jego telefon. Chwycił urządzenie i odebrał.
-Halo?
-Dzień dobry Eren, chyba się już obudziłeś nie? -brunet po drugiej stronie słuchawki usłyszał głos Armina.
-Armin? Tak...Powiedzmy.
-Cóż, w każdym bądź razie...Dzwonię, żeby powiedzieć Ci, że jednak nie wypłaciłem tych pieniędzy. Przelałem je na Twoje konto.
-Ach, okej...Ale, na pewno nie będą Ci one potrzebne? Co na to Jean?
-Wam są potrzebne bardziej niż mnie. A Jean...Zgodził się, oczywiście po paru kłótniach...
-Kłótniach? Przecież mówiłeś mi wcześniej że zgodzi się bez problemu...
-No i tak było, ale później coś go ugryzło i...
-Aha...
-Nie martw się, tym. Jakoś go później udobrucham. Ja już kończę, tylko to chciałem powiedzieć. To, pa.
-Pa -odpowiedział i rozłączył się. Spojrzał w sufit. Arlert zawsze był taki uczynny i pomocny...Taki miły..
Niczego nie ukrywając, Eren musiał przyznać że blondyn bardzo pomógł. Choć kwota którą pożyczył był śmiesznie mała w porównaniu z kwotą do spłacenia, to jednak była. No i w jakiś sposób pomagała.
Bardzo cieszył się, że posiadał takiego przyjaciela.


****

Z gabinetu szefa wyszedł dopiero godzinę później. A może przebywał tam dłużej niż przypuszczał? To co tam przeżył, było okropne, obrzydliwe. Czuł się brudny...Każdy, nawet najostrożniejszy ruch, sprawiał mu ból. Zapach Erwina...Dalej był odczuwalny. Kiedy ten składał pocałunki na jego ciele, robił malinki i gryzł go...Kiedy sapał mu do ucha i powtarzał jego imię...Na samą myśl o tym, Levi'emu robiło się słabo i niedobrze. A to był dopiero początek...Dzień w pracy okropnie się dłużył. Na szczęście dobiegł końca. Aby uniknąć spotkania pana naczelnego, wyszedł wcześniej niż zazwyczaj. Idąc w stronę metra, jednym z ośnieżonych chodników, z kieszeni spodni wyjął plik pieniędzy.
-....-zacisnął powieki i przygryzł wargę. Schował pieniądze i ponownie ruszył naprzód.
Do domu wrócił o 22:00, co bardzo zdziwiło jego chłopaka.
-Co tak wcześnie?
-Tak wyszło...-odpowiedział ściągając kurtkę.
-Ej, to super! Możemy zjeść razem kolację! Choć może trochę na nią za późno...Ale co tam!
-Eren...Nie obraź się, ale jestem zmęczony...Miałem ciężki dzień.
-Och...No tak. Rozumiem, spoczko, odpowiedział z lekkim uśmiechem na twarzy. Ackerman wyjął pieniądze otrzymane od Erwina i przekazał je brunetowi.
-He? Co to jest?
-Dostałem podwyżkę...-odpowiedział i poszedł do łazienki.
Od tamtego dnia, minęło sporo czasu. Levi sprzedając swoje ciało zarobił sporą sumę. Za każdym razem, otrzymane pieniądze przekazywał Erenowi, który zanosił je wierzycielom. Mężczyźnie wydawali się być usatysfakcjonowani tym faktem. Aż pewnego dnia...
-Levi, spłaciłem ten dług!!! -po mieszkaniu rozniósł się radosny krzyk Jeager'a.
-To super. Nareszcie jeden kłopot z głowy...-odpowiedział czarnowłosy, uśmiechając się delikatnie.
-To wszystko dzięki Tobie! Tak ciężko pracowałeś!
-Ta...To nic takiego...Ne, Eren. Pójdę się przejść -powiedział i zanim ktokolwiek zdążył się obejrzeć, mężczyzna opuścił mieszkanie. Postanowił pospacerować trochę po parku. Ogarnąć się jakoś. Ciężko pracował, tak? Ciekawe...Krzątał się jakiś czas bez celu, aż w końcu usadowił się na jednej z ławeczek. Wpatrując się w dal bez żadnych emocji, w dalszym ciągu rozmyślał. Smith, w końcu da mu spokój, ale na jak długo? Poza domem spędził około kilku godzin. Było zimno, to fakt, ale w niczym to nie przeszkadzało.
Podjęcie decyzji o powrocie do mieszkania, było trudne, ale ostatecznie tak właśnie postanowił.
-Wróciłem...-powiedział wchodząc do środka budynku.
-Ale zaraz stąd wyjdziesz! -krzyknął zapłakany brunet.
-E-Eren, co Ci jest?
-Co mi jest...? To mi jest! -rzucił w niższego mężczyznę jakąś kopertą. Czarnowłosy wyjął z niej jakieś zdjęcia. Zdjęcia, których w ogóle nie powinno tam być. Źrenice kobaltowych tęczówek zmniejszyły się. Fotografie przedstawiały jego osobę, w trakcie współżycia z Erwinem...
-Eren, ja to wytłumaczę...!
-Nic mi nie musisz tłumaczyć...! Zwyczajna z Ciebie dziwka i tyle...!
-Eren..!
-Wynoś się! Nie chcę Cię tu widzieć...! -ponownie krzyknął, ocierając strumienie łez. Levi nie chcąc jeszcze bardziej komplikować sytuacji, zwyczajnie opuścił mieszkanie. Słowa Erena, bardzo go zabolały. Nie sądził, że chłopak kiedykolwiek tak się zachowa. To wszystko co przeżył, aby pomóc spłacić ten cholerny dług...To wszystko się nie liczyło..? Kiedy Smith mu to robił...Czuł się okropnie...Czuł się jak zwykły śmieć, jednak kiedy wracał do domu i przekazywał pieniądze temu szczeniakowi...Kiedy widział jego szczęśliwą twarz...To zupełnie wystarczało i było warte tego cierpienia. A teraz? To wszystko prysło jak mydlana bańka. Eren nie powinien się o tym nigdy dowiedzieć...Jednak tak się stało. Czasu nikt nie cofnie...

czwartek, 3 września 2015

Informacje odnośnie bloga..? ;-;

Ano...tak więc..Jak niestety wiecie, zaczął się nowy rok szkolny...Nikomu się to nie uśmiecha, ale co można poradzić..? ;-; To że znowu trzeba chodzić do przybytku zwanego szkołą, nie sprzyja napływie w-weny...;-; Nadmiar zajęć, prac domowych i późne powroty do domu...;-; Przez to wszystko Aiko...Nie będzie mogła dodawać postów zbyt często, a przy okazji ciężko jej będzie czytać teksty innych blogerek...;-; Jednak o-obiecuję, że się postaram robić to jak najszybciej, tak samo z komentarzami...;-;
Jeżeli chodzi o poprzednią ankietę...Wygrało Shingeki no Kyojin..^^ A-Aiko zacznie pisać tekst już jutro, po powrocie ze szkoły...przez weekend...Możliwe że skończy ;-; Ale nic nie obiecuję *kręci głową*
Jeżeli chodzi o paring...Prawdopodobnie Eren x Levi, bądź Erwin x Levi....Który byście woleli..? ;-;


niedziela, 30 sierpnia 2015

AkaKuro

Niebieskie motyle, prowadzące do szczęścia

Praktycznie każde słowo, które słyszymy jest pojęciem względnym. Ból, smutek, radość, miłość czy szczęście. To tylko przykłady, lecz jak bardzo znane nam wszystkim. Każdy z nas rozumie poszczególne wyrazy...inaczej. Dlaczego? Czy nie powinno być tak, że jednemu słowu, odpowiada jedno znaczenie? Łatwiej byłoby się w tym wszystkim połapać. Na przykład...taka miłość. Niektórzy od razu skojarzą to sobie ze związkiem, inni zaś ze współżyciem, a jeszcze inni będę próbowali rozkminić czy chodzi tu o coś w stylu: "Chcę z nią być! Kocham ja ponad życie, zrobiłbym dla niej wszystko"...czy może coś pod te klimaty: "Pokochałam właśnie taką Ciebie. Przyjaciółka nie zostawia przyjaciółki w potrzebie, kocham Cię! Tak jak i reszta naszych przyjaciół!". Każdy widzi coś inaczej. Tak samo jest z postrzeganiem wszystkiego dookoła. Ludzie mają odmienne zdania na różne tematy. Odnośnie terroryzmu, religii, rasizmu, homoseksualistów czy polityce. No właśnie...A jak ja..postrzegam świat....?
~~~~~~~~~~~~
Chłodny letni wieczór. Lato zbliżało się ku końcowi. Drobne promyki słońca wzbijały się ku górze, jakby wolały pozostać na niebie, niżeli chować się za horyzont. Latarnie powoli zapalają się. Ulice wyludniają się. Ale po jednej z nich, wciąż ktoś spaceruje.Postać o dość smukłej sylwetce, z odrobinę przydługimi błękitnymi włosami powiewającymi na wietrze. Jeżeli przyjrzeć się bliżej, był to chłopak, o dość niskiej posturze. Blada skóra niemalże zlewała się z jego białą koszulą. Wzrok miał jakby nieobecny, a oczy podkrążone. Co chwilę zatrzymywał się, aby odrobinkę odpocząć. W pewnym momencie skręcił, kierując się w stronę parku. Zajął miejsce na jednej z ławek. Uniósł delikatnie głowę ku górze, spoglądając w niebo, na którym gwiazdy zaczęły zajmować swe stałe miejsca. Zaczerpnął powietrza. Prócz niego, po parku kręciło się jeszcze parę osób. Z czasem jednak było ich coraz to mniej, aż w końcu został sam. Wpatrywał się w dal, bez większego sensu. Wyglądało to tak, jakby na kogoś czekał. Jednak ten "ktoś", raczej nie zamierzał przyjść, a niebieskooki był tego w pełni świadom. Sprawiał wrażenie samotnego, wycieńczonego życiem. Obojętne mu było co się wokół niego dzieje. Wstał. Tym razem swe kroki skierował w stronę przystanku autobusowego. Po niedługim czasie nadjechał wyczekiwany przez niego pojazd. Wszedł, zajął miejsce i spojrzał przez okno. Miał zamiar wpatrywać się w nie przez całą podróż, ale...Usłyszał krzyk. Odruchowo obrócił głowę. Nie lubił hałasu. Dostrzegł czerwonowłosego chłopaka, kłócącego się z jednym z pasażerów. Wpatrywał się w nich pustymi oczyma. Doszło do bójki. Zaczęli się szarpać i przepychać. W pewnej chwili czerwonowłosy uderzył wyższego mężczyznę tak mocno, że ten runął na ziemię jak kłoda. Heterochromia niższego, przeszyła ciemnowłosego na wylot. Napastnik miał zadać kolejny cios, jednak coś mu przeszkodziło....Niebieskooki dotychczas obserwujący całe zajście, przykucnął przy ofierze i rozłożył szeroko ręce.
-Co Ty odstawisz, co? -syknął czerwonowłosy marszcząc brwi.
-Mógłbym zapytać o to samo...-stwierdził cicho niebieskowłosy -Nie wolno Ci go bić...
Agresor spojrzał jedynie z pogardą na obrońcę swojej ofiary, po czym odszedł na bok. Wysiadł na następnym przystanku.
-D-dziękuję Ci chłopcze. Jak się nazywasz?
-A czy to ważne....? -spytał niepewnie patrząc w bok.
-Owszem, chciałbym poznać imię swojego bohatera -zaśmiał się, ale na ten gest niebieskooki westchnął.
-Kuroko...T-Tetsuya...-odpowiedział niby do samego siebie, ale wystarczająco głośno, aby mężczyzna to usłyszał, po czym usiadł na swoje siedzenie. Ciemnowłosy zajął miejsce obok niego. To było co najmniej dziwne. Bynajmniej dla Tetsuyi. Po prostu pomógł, nie po to aby potem uważano go za bohatera, ale dlatego, że tak trzeba było.Westchnął cicho. Nareszcie jego przystanek. Wstał i szybkim krokiem wyszedł z autobusu. Spojrzał w niebo. Zrobiło się całkowicie ciemno. Jedynym źródłem światła były nieliczne latarnie, oraz gwiazdy i srebrny księżyc. Nagle przed sobą ujrzał niesamowicie pięknego niebieskiego motyla. Ale skąd on tu...o tej porze...? Jego skrzydła...Wyglądały jak utkane z wielu warstw błękitnej mgiełki z dodatkiem gwiezdnego pyłu. Kiedy obiekt zainteresowania zaczął się oddalać, Kuroko ruszył za nim. Ciekawiło go to piękne stworzenie. Do tego...Motyle prowadzą raczej dzienny tryb życia...
-Dokąd le..cisz...-zamilkł, kiedy zobaczył, że motylek zaczął krążyć, wokół czerwonowłosego chłopaka. To był ten sam chłopak co w autobusie...To on zaatakował tamtego mężczyznę. Co on tu robił? Dlaczego nie widzi tego pięknego stworzenia..?
-O, to gnojek który przeszkodził mi w autobusie. -kiedy to usłyszał, był niemalże pewny, że zaraz mu się za to oberwie. Bał się. Cofnął się parę kroków do tyłu -Nie musisz się bać. Właściwie...Powinienem Ci za to podziękować, wiesz? Więc...Dziękuję.
-Podzięko...wać...? -spytał nie rozumiejąc o co chodzi.
-No tak. Byłem tak zdenerwowany, że rozwaliłbym gościa na miejscu, a miałbym potem przez to dużo kłopotów...Więc, dziękuję.
-Rozumiem...Przepraszam, pójdę już -ukłonił się, odwrócił i pobiegł w stronę swojego domu. Pierwszy raz w życiu rozmawiał z kimś tak długo. Raz w autobusie, a teraz i tutaj? Nawet ze swoimi rodzicami nie zamienia tyle słów dziennie...Wbiegł do mieszkania odrobinę spanikowany. Wbiegł po schodach na górę i zamknął się u siebie w pokoju. Ściągnął buty i rozłożył się na łóżku. Ten motyl...Skąd on się wziął..? I...dlaczego tylko Kuroko go zauważył? Czemu on jako jedyny się nim zainteresował...? Przecież obok niego przechodziło tylu ludzi...Czy to aby na pewno nie sen? Zacisnął powieki, aby po chwili znów je otworzyć. W dalszym ciągu siedział na łóżku, do tego pamiętam przebieg dnia bardzo dokładnie...To jednak nie sen....Rozmyślał nad wszystkim jeszcze około godziny. W końcu jednak zmęczenie dało o sobie znać. Niebieskooki szybko wykąpał się, przebrał w piżamę i położył do łóżka. Zasnął. Tylko to było mu teraz potrzebne. Noc minęła całkiem spokojnie. Bynajmniej lepiej niż poprzednie. Obudził się dość wcześnie, jednak zamiast wstać z łóżka, po prostu w nim leżał. Wpatrując się w szarawy sufit, próbował przypomnieć sobie, o czym miał pamiętać. Przyprawiło go to jedynie o ból głowy. Cóż..mówi się trudno. Podniósł się do pozycji siedzącej, po czym ziewnął przeciągle, zakrywając przy tym usta bladą dłonią. Powinien...iść teraz na śniadanie...Ale nie był głodny...Wstał i podszedł do szafy. Wyjął z niej czarne spodnie, białą koszulkę i z lekka przyduży szary sweter. Do tego oczywiście bielizna i skarpetki. Szybkim krokiem skierował się w stronę łazienki. Umył się, ubrał i oczywiście uczesał. Jego włosy rano, przypominały jeża, dosłownie...Po kilkunastu minutach wyszedł z toalety. Cichutko przemknął przez korytarz, aby nie obudzić wujka, który aktualnie przebywał w domu. 

-Tetsuya, usiądź przy stole zaraz będzie śniadanie -powiedziała niebieskowłosa kobieta uśmiechając się delikatnie pod nosem.
-Mamo...nie jestem głodny...
-Ty nigdy nie jesteś głodny...Jak nie będziesz jadł, to skończysz jako anorektyk mój drogi!
-Uhm...-skinął głową. Nie chciał kłócić się z matką. Jego zdaniem, do anorektyka było mu jeszcze daleko....Zjadł trochę płatków owsianych, po czym podziękował za posiłek i wstał od stołu. Wyszedł z domu. Usiadł w ogródku tuż przed mieszkaniem. Skierował wzrok ku błękitnemu niebu. Lubił ten kolor, bardzo. Głównie z tego powodu jego pokój był w różnorodnych jego odcieniach. 
-Tetsuya spóźnisz się! -usłyszał nagle. Spojrzał na wyświetlacz telefonu. Stracił rachubę czasu...Za 15 minut zaczynają się lekcje...Westchnął cicho pod nosem. Wbiegł do domu, chwycił torbę leżącą na jednym z krzeseł i opuścił budynek. 
-I tak nie zdążę...
-Ej! Poczekaj! -nie spodziewając się, że słowa mogłyby być skierowane do niego, dalej szedł przed siebie. Poczuł delikatne szarpnięcie za ramię. Odwrócił się, a jego błękitnym oczom ukazał się czerwonowłosy chłopak. Jego dwukolorowe tęczówki budziły w nim niepokojące uczucie strachu. Kiedy bił tamtego mężczyznę...Wyglądał jak potwór...Jednak teraz...Teraz tak nie było. Jego wyraz twarzy...Wyglądał na naprawdę sympatycznego. Tak...każdy może tak wyglądać, ale ważniejsze jest wnętrze...
-Jezu! Ile można Cię wołać? 
-....
-Ajaj...uff. Tyle wysiłku rano, to niedorzeczne...
-….-w dalszym ciągu milczał, nie wiedząc co powiedzieć. Dlaczego ten chłopak tutaj był? Nigdy wcześniej nie widział go w tej okolicy...Na pewno nie był stąd. Obstawiał by raczej jakąś bogatą dzielnicę, w centrum miasta. Albo willę, na jego obrzeżach...W każdym bądź razie..."Czegoś ode mnie chce...?" -zapytał sam siebie w myślach.
-Przepraszam, potrzebowałem chwilki na odpoczynek. Znajdziesz dla mnie chwilkę?
-Nie sądzę...przepraszam, spieszy mi się...zaraz rozpoczynają się zajęcia...
-Zajmę Ci dosłownie chwilę! Proszę.
-Uhm...
-Dziękuję. A więc...pomyślałem sobie, że może znalazłbyś czas po szkole? Chciałbym wyjść z Tobą na miasto czy coś...Tak w ramach podziękowań, za wtedy.
-Podziękowałeś już...J-ja nie zrobiłem niczego specjalnego...
-Dla mnie byłeś jak taki Anioł Stróż! 
Westchnął głośno, po czym spojrzał w bok. Nie miał ochoty szwendać się po mieście w towarzystwie obcego kolesia, który o mało co nie zabił w autobusie człowieka. Kiedy miał już odmówić, nieznajomy uklęknął przed nim i złożył ręce. Kuroko nie bardzo wiedząc jak zareagować, cofnął się krok w tył i zaczął machać rękoma.
-P-proszę wstań...!
-Wstanę, ale tylko wtedy kiedy powiesz mi "tak"!
-D-dobrze...! P-pójdę..! T-tylko proszę..!
-Okej, dziękuję! -uśmiechnął się szeroko i wstał. Nagle Tetsuya zauważył coś, co go bardzo zdziwiło. Znowu ten sam motyl...Tym razem jednak bardziej wyrazisty. Sam nie wiedział czemu, wyciągnął do niego rękę. Chciał...chciał go dotknąć...Ledwo musnął opuszkami palców jego skrzydła...kiedy usłyszał w głowie jakiś głos.
-"Widzisz to?" -zaniemówił. Cofnął rękę i odsunął się od stworzenia. Czerwonowłosy wpatrywał się w niebieskookiego i w jego poczynania. Wydawało mu się dziwne to co chłopak wyczyniał. Bawił się w mima, czy jak? Niebieskowłosy wyglądał na lekko zszokowanego.
-Ej..wszystko w porządku?  -spytał podchodząc bliżej Kuroko.
-T-tak...przepraszam, pójdę już...! -powiedział i szybki krokiem ruszył w stronę liceum. To wszystko było bardzo, bardzo dziwne. Agresywny chłopak, okazuje się potulnym barankiem jeżeli go nie zdenerwujesz. A wokół jego osoby latają przepiękne błękitne motyle, a on nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Aczkolwiek mogło być tak, że nie zwracał na nie szczególnej uwagi...Akurat! Ta pierwsza opcja była bardziej wiarygodna...Podczas zajęć Tetsuya nie mógł się skupić. Przez cały czas po głowie krążyły mu różne pytania i obrazy. Ten motyl...Naprawdę nie potrafił tego zrozumieć. Lekcje tak bardzo się dłużyły, jednak w końcu dobiegł ich koniec, a do uszu niebieskowłosego dotarł dźwięk dzwonka. Spakował książki, założył torbę na ramię i wyszedł z klasy. Chwilę później opuścił i budynek. Znalazł się na dziedzińcu gdzie kręciła się większość uczniów. Nie lubił tłocznych miejsc, dlatego szkoła była dla niego jak więzienie.
-Motyl..? Z-znowu...?-stworzenie pojawiło się tuż przed jego twarzą. Później obniżyło tor lotu. Skierowało się w stronę bramy. Kuroko oczywiście ruszył za nim. Sam nie wiedział dlaczego, po prostu...chyba za bardzo go on ciekawił. Motyl jak zwykle zatrzymał się i zaczął krążyć wokół czerwonowłosego. Zaraz...skąd on wiedział, o której Tetsuya kończy lekcje?
-Ty to chyba masz wbudowany jakiś GPS~ -zaśmiał się.
-Dlaczego tak uważasz...? -spytał niepewnie.
-No bo zawsze mnie znajdujesz, nieważne gdzie jestem -odpowiedział dalej śmiejąc się. Kuroko zawstydził się odrobinę. Można powiedzieć, że to ten motylek robił za GPS. Taki przewodnik...Ale to nie tak, że Tetsu chciał spotykać się z tym chłopakiem...Po prostu podążał za motylem..!
-No to idziemy? -uśmiechnął się szeroko.
-Ja....n-nie wiem nawet...j-jak się nazywasz...-cofnął się do tłu. Przezorny zawsze ubezpieczony...
-Ach, no tak. Nazywam się Akashi Seijuro.A Ty?
-Uhm...Kuroko..Tetsuya...
-Miło mi Cię poznać, Kuroko. -na twarzy Akashiego gościł uśmiech. Kuroko natomiast jak zwykle miał ponury wyraz twarzy. Seijuro odwrócił się, rzucił zwyczajne "chodźmy" i ruszył w stronę centrum. "Nie chcę tam iść..." -powiedział do siebie w myślach. Po drodze mijali wielu dziwnych ludzi. Dziwnych w pozytywnym i negatywnym znaczeniu. Ale tutaj nie o tym. Udali się do kawiarenki pod nazwą "Love Cafe". Podejrzana nazwa. Cóż, to tylko kawiarnia. Co może być w niej strasznego?
-Kuroko, tutaj możemy usiąść. -wskazał na wolny stolik dla dwojga w rogu pomieszczenia. Tetsuya odrobinę zawahał się, jednak w ostateczności, usiadł przy stoliku. Akashi uczynił to samo. Przechwycił menu i spojrzał na niebieskowłosego. Pokręcił delikatnie głową z uśmiechem.
-Wybierz co chcesz. Ja płacę. -powiedział.
-Co...? Jak to...?
-Spokojnie, wybierz na co masz ochotę. -odpowiedział spokojnie.
Kuroko sam nie wiedział co zrobić. Nie był głodny, ani spragniony. Chciał jedynie, aby to spotkanie minęło jak najszybciej...Przygryzł wargę i spojrzał w bok.
-Ja...ja nic nie chcę...-powiedział cicho.
-Huh? Weź coś, naprawdę nie martw się o cenę!  -Tetsu westchnął cicho. Nie chodziło tylko i wyłącznie o cenę. Głównie o to, że nie miał ochoty na jedzenie czy picie...Cóż, niektórzy chyba nie zrozumieją, jak się im raz coś powie. Zajrzał do karty. Dużo słodkości...Ale nie było shake'a waniliowego. Mówi się trudno...
-Nie możesz się zdecydować?
-Mhm...
-Jaka jest Twoja ulubiona liczba?
-....nie mam...
-Rozumiem...To może numer Twojej koszulki?
-Koszulki...?
-No, numer koszulki. -Kuroko spojrzał na Akashiego, troszeczkę nie rozumiejąc o co mu chodzi. Przecież na koszulce nie miał żadnego numeru. A może...Chodziło o koszulkę, którą ma na sobie podczas meczu..?
Zamyślił się na chwilę, westchnął i przekierował wzrok w bok.
-11...
-I o to mi chodziło. Teraz otwórz menu, na losowej stronie i wybierz punkt 11.
Niebieskowłosy posłusznie wykonał polecenie. Zacisnął powieki. Otworzył je dopiero, kiedy Seijuro nakierował jego palec na punkt 11. Spojrzał na słowa tam wypisane. "Niebiańskie obłoki". Ciekawa nazwa...Ale co to takiego jest? Jakaś beza? Lody? Nie...lody za ciężkie na obłoki...Akashi uśmiechnął się i zamówił wybrane przez nich przysmaki. Czekali w milczeniu. Właściwie...Czerwonowłosy próbował jakoś rozkręcić rozmowę, lecz na każde zadane pytanie Kuroko odpowiadał jednym słowem. Trudno było dalej prowadzić konwersacje. Niedługo potem, kelnerka przyniosła zamówienie. Tetsuya spojrzał na swój talerzyk. Była na nim babeczka. Gdzieniegdzie była bita śmietana, a na niej owoce i wiórki kokosowe. Na babeczce był jakiś...lukier? Chyba tak...Przeniósł wzrok na talerz Seijura. Tiramisu. Dość wykwintne. Wyższy chłopak zabrał się za jedzenie. Tetsuya postanowił pójść w jego ślady, choć niechętnie. Wziął do ust kawałek babeczki.
-Ach, dobre...-powiedział cichutko.
-To dobrze -uśmiechnął się chłopak na przeciwko. W kawiarni spędzili jeszcze trochę czasu. Później pochodzili trochę po różnych sklepach w centrum. Choć na początku Tetsuya uważał to za zbyteczne to...było fajnie...Czas spędzony z czerwonowłosym, to było najlepsze co dotąd w życiu mu się przytrafiło.
-No, świetnie się dzisiaj bawiłem, wiesz? Myślałem, że nie podobał Ci się wypad, ale kiedy zacząłeś się uśmiechać, to poczułem ogromną satysfakcję!
-Heh...Dziękuję..za dzisiaj, Akashi-kun...
-Nie ma sprawy. To ja dziękuję, że się na to zgodziłeś. Wiesz...Nie chciałbym Cię tym zdenerwować czy coś, ale...Bo jutro jest wolne od szkoły. Może, chciałbyś ponowić tą wyprawę...jutro?
-Czemu nie...Ale...przepraszam, nie lubię tłocznych miejsc...Boję się ludzi...
-Ach...Ale ze mną rozmawiasz normalnie. Choć na początku byłeś strasznie spięty.
-Bo Ty wydajesz się inny...
-Haha, dzięki -zaśmiał się i spojrzał w błękitne oczy -Znalazłoby się coś, gdzie czułbyś się pewniej. To jak?
-O-okej...-pokiwał głową i uśmiechnął się lekko. W odpowiedzi otrzymał to samo. Pożegnali się, a później każdy ruszył w swoją stronę. Tak oto zaczęła się ich znajomość. Spotykali się coraz częściej i częściej. Za każdym razem Tetsuyę prowadziły motyle. Stawały się coraz bardziej wyraziste. Pewnego dnia jednak... Zaczęły blednąć. Aż w końcu straciły swe piękne kolory i stały się niemalże przezroczyste...Takie słabe i bezbronne...Akashi...Zmienił się nie do poznania. Stał się wulgarny i arogancki. W stosunku do Kuroko odnosił się z wyższością. Był agresywny...To...zdarzało mu się, kiedy ktoś go porządnie zdenerwował, ale nie cały czas! W końcu doszło do tego, że przestali się ze sobą spotykać. To bardzo bolało Tetsuyę. Czuł ogromny żal i nienawiść do Akashiego. Siedział w pokoju, nic nie jedząc i nie pijąc. Przestał chodzić do szkoły. Nie chciał ryzykować tym, że na swojej drodze spotka Seijura, który spojrzy na niego z pogardą i wyśmieje. Jednak...te uczucia nie ogarnęły go całkowicie...Nienawiść...Nie potrafił określić, czy na pewno od początku ich rozstania nienawidził czerwonowłosego...W tej chwili, nie potrafił już tak myśleć. Nie nienawidził go, nie czuł też żalu do jego osoby...To nie było to...Pewnego wieczoru, zwyczajnie nie wytrzymał. Opuścił dom i wyruszył na poszukiwania Akashiego. Doskonale wiedział, że chłopaka nie będzie w jego mieszkaniu. O tej porze zwykle szwendał się po jakichś odludziach. Więc właśnie w takich miejscach postanowił go szukać. Sam jednak niewiele mógł. Spojrzał na motylka, który latał tuż przy nim.
-Proszę...zaprowadź mnie do Akashiego...Zawsze to robiłeś...Proszę, ten ostatni raz...-na reakcję nie musiał długo czekać. Stworzenie poleciało na przód. Chłopak ruszył tuż za nim. Mijał wielu podejrzanych ludzi. Jednak nie zwracał na nich większej uwagi. Teraz obchodziło go tylko to, żeby odnaleźć przyjaciela!
Biegł za motyle najszybciej jak potrafił. W pewnym momencie stworzenie skręciło i skierowało się w stronę parku. Chłopak podążał za nim. Skrzydła motyle zaczęły nabierać wyrazistych kolorów. Przed błękitnymi oczyma, pojawiła się znana im sylwetka.
-Akashi-kun! -czerwonowłosy odwrócił się.
-Tetsuya...? -zanim zdążył cokolwiek dodać, niebieskowłosy mocno się do niego przytulił. Po bladych policzkach spłynęły łzy.
-Akashi-kun, nie zostawiaj mnie...Kocham Cię...-wtulił się w Seijura jeszcze bardziej, o ile to było możliwe.
Nagle poczuł przyjemne ciepło. Akashi objął go w pasie i przycisnął policzek do jego niebieskich włosów. Po policzku, spłynęła samotna łza....Stali tak jeszcze przez jakiś czas. Motyl przewodnik, nabrał wyrazistych barw, takich jak poprzednio i przyglądał się całej sytuacji. W pewnym momencie podleciał do pary i usiadł Kuroko na głowie. Wyglądał jak jakaś wielka kokarda czy egzotyczny kwiat...
Kuroko Tetsuya, jest klasycznym przykładem neurotyka, więc wydaje mu się że wszyscy dookoła są tacy sami. Boi się ich. Dlatego stworzył wokół siebie mur. Szczerze mówiąc, zwykły z niego tchórz. Jednak odkąd poznał Akashiego, zrozumiał, że tak dalej być nie może. Więc postanowił wpuścić innych do swojego świata. A następnie ten świat pokochał. I zrozumiał w końcu czym jest szczęście. Do tej pory nie zdawał sobie sprawy, że gdy czegoś zapragnie, to gdy wyciągnie po to rękę może się wiele nauczyć. Ostatnio na przykład odkrył, że ludzie nie żyją po to by wątpić, mieć żal do innych, odrzucać ich, nienawidzić, unikać, odtrącać, czuć do nich urazę czy odwracać się do świata plecami. Człowiek żyje po to by kochać i być kochanym!
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Nareszcie to skończyłam ;-; T-tyle siedzenia przy tym ;-; Co chwilę poprawki od początku do końca ;-;
Sprawdzanie błędów językowych, literówek ;-;
M-myślałam że się nie wyrobię ;-; Ale napisałam ;-; przed początkiem roku szkolnego...
Co za szczęście *^* ;-; *ulga*
M-mam nadzieję, że tekst komuś przypadł do gustu, albo coś...;-;
E-etto...;-; Jeżeli nie to przepraszam ;-; Starałam się jak mogłam ;-;

niedziela, 23 sierpnia 2015

Proszę o..o uwagę..? ;-;

Ano...Niby wróciłam ;-; Owszem ;-; Ale to nie powoduje nagłego przypływu weny...;-; Znaczy...Możliwe że troszeczkę tak...Ale problem tkwi w tym, że nawet jeżeli ta wena się pojawi...to co potem? *chwila ciszy* J-jak zwykle nie mam pomysłu co napisać ;-; Właściwie to jestem w trakcie pisania AkaKuro *dopiero zacznie, ale co tam ;-;* Postaram się jak mogę, aby tekst wyszedł całkiem z-znośnie...Ale okej, nie w tym rzecz >< Aiko przechodź do rzeczy! *sama do siebie*
Ach, c-chodzi o to, że postanowiłam napisać coś pomijając KnB, bo muszę się aktualnie skupić na tym AkaKuro...;-; N-no i...D-Dlatego zrobiłam ankietę ;-; Wybierzecie anime, z którego paring najbardziej by wam odpowiadał, oki..? ;-; Tylko Aiko was tak ładnie prosi ;-; Głosujcie, głosujcie ;-; B-Bo Aiko naprawdę już sama nie wie co by chciała napisać...;-; Onegaaaaaai ;-; *kawaii oczka, błaga na kolanach* Ankieta znajduje się po prawej stronie na blogu..^^" O-n-e-g-a-i *^*

piątek, 21 sierpnia 2015

A-ano...Chyba...w-wróciłam...? ;-;

E-etto...ano...od czego by tu zacząć...*zakłopotana, myśli* No więc...um...Aiko niedawno rozmawiała ze swoją przyjaciółką. Jaki to ma wpływ na działalność bloga..? Otóż taki, że kiedy niezastąpiona przyjaciółka, dowiedziała się że Aiko napisała ten fu post.... *pokazuje na notkę poniżej* To bardzo, ale to bardzo b-bardzo bardzo...się zdenerwowała na głupią "blogerkę"....Zaczęła krzyczeć, że mam tego nie robić...Podawała mi różne argumenty, które wskazywały by na to że blog jednak powinien dalej działać....Żaden z nich nie podziałał. Właściwie...prawie żaden....*wzdycha* "Jeżeli chociażby spróbujesz zawiesić, bądź usunąć ten blog, to możesz liczyć się z tym, że już więcej się do Ciebie nie odezwę!"....Słowo w słowo...Cóż za siła perswazji, nieprawdaż...? ;-; Tak więc przypięta do muru Aiko wraca do was...chyba..raczej...Yupi..! ;-;
Ach i...Aiko chciałaby podziękować Shadow, która tak się upierała przy tym abym nie zawieszała/usuwała bloga...*lekki uśmiech* Dziękuję również Kill-chan, Temari, Sudze Senpai...
G-gomene..! *ukłon* Nie potrafię wyrazić w słowach, jak bardzo się ucieszyłam kiedy...kiedy do mnie napisałyście w tej sprawie...;-; Tak cieplutko na serduszku...;-; Dziękuję też Katzuko, oraz Inabie...Mimo iż nadal uważam, że nie bardzo nadaję się na blogerkę...t-to...B-Bardzo wam dziękuję! *ukłon*

środa, 12 sierpnia 2015

Nie nadaje się na blogerkę ;-;

No więc tak, problematyczna (jak zawsze) Aiko, doszła do wniosku, że to co pisze jest mało ciekawe...Do tego fabuła do każdego tekstu jest niemalże...całkowicie przewidywalna. I jaka w tym frajda? Czytasz i dokładnie przewidujesz co się stanie...Blog istnieje już od 4 miesięcy, niedługo 5...Ale nie jestem pewna, czy da radę wytrzymać do tych 5 miesięcy ;-; Aiko coraz bardziej zaczyna w siebie wątpić, do tego ma dużo problemów w domu...(ale to nieważne) Zakładając bloga, miałam na celu zadowalać czytelników w zakresie moich możliwości, ale i starać się jeszcze bardziej, aż zdobędę wystarczająco dużo doświadczenia. Jednak u Aiko zakres możliwości zanikł...Nie potrafi już nawet pomyśleć o tym, że mogłaby coś napisać i opublikować tutaj ;-; Sama nie wiem już co się w tej mojej główce dzieje ;-; W każdym bądź razie...Na 90% zawieszę lub usunę bloga ;-;

MidoTaka cz.8

Biała róża...cz.2
Kilka dni po odwiedzinach niebieskookiego i jego chłopaka, wysłano mnie na wymianę szkolną. Do Francji. Zawsze chciałem tam pojechać, ale kiedy dowiedziałem się o tym, że to właśnie mnie wybrano...Nie było mi zbyt wesoło. Nie chciałem zostawiać Takao samego i to w tak ciężkim dla niego okresie. Nie mogłem jednak odmówić...Jedynym wyjściem było odstąpienie tego zaszczytu komuś innemu. A było naprawdę sporo chętnych. Każdemu z nich oznajmiłem, że muszę się dogłębnie zastanowić kto pojedzie za mnie do Paryża...Choć szczerze powiedziawszy nie zastanawiałem się zbyt długo. Po prostu wybrałem pierwszą lepszą osobę i tyle. Później udałem się do domu Kazunari'ego. Wypuścili go na jakiś czas ze szpitala. Za 3 tygodnie jednak miał tam wrócić. Bynajmniej to i tak dużo. W dodatku, już w tym miesiącu miały być jego urodziny. To że mógł spędzić je w domu z rodziną, było naprawdę satysfakcjonujące.
Dotarłszy pod dom ciemnowłosego, zapukałem do drzwi. Przez jakiś czas stałem na zewnątrz, czekając aż ktoś łaskawie wpuści mnie do środka. Minęło kilka minut. "Może nie ma ich w domu?" pomyślałem. Obróciłem się na pięcie i zrezygnowany ruszyłem przed siebie.
-Shin-chan!!!! Wracajaaaaaaj!!!! -usłyszałem nagle. Odwróciłem się, a moim oczom ukazał się Takao stojący na schodach przed mieszkaniem. Był w piżamie, a na dworze było naprawdę chłodno. Podbiegłem do niego i zmarszczyłem brwi.
-Takao, raz dwa do domu!
-Już, już...To tak mi się dziękuje? -spytał dziecinnym tonem.
-Dziękuję, że po mnie wyszedłeś -pocałowałem go delikatnie w czółko -No, a teraz do domu, jazda. Obydwoje weszliśmy do środka. Ściągnąłem buty i kurtkę. Udałem się do salonu, gdzie powędrowało dziecko w za dużej piżamie. A może tylko mi się taka wydała? W każdym bądź razie, uznajmy że miałem racje. Usiadłem na kanapie tuż obok ciemnowłosego. Spojrzałem w jego szare oczy. Były takie roześmiane, ale coś mnie jednak w nich niepokoiło. Były...jak to się mówi..? Szklane? Chyba tak....
-Takao, dobrze się czujesz?
-Owszem kapitanie -zasalutował i uśmiechnął się szeroko, co mnie odrobinę uspokoiło. Był entuzjastyczny i energiczny, jak zawsze kiedy jego samopoczucie było bardzo dobre. Uśmiechnąłem się lekko niby do samego siebie. Chwyciłem pilot w rękę i włączyłem telewizor.
-Ne, Shin-chan, słyszałem że jedziesz na wymianę szkolną do Francji. To niesamowite!
-Hm? Skąd Ty to wiesz? A zresztą. I tak odstąpię komuś miejsca, nie jadę tam, Takao.
-Heee? Ale czemu? Przepuścić taką okazję? Musisz pojechać!
-Muszę? O ile dobrze wiem to mam prawo decydować o tym co zrobię, a czego nie, prawda? -spytałem oschle. Chwilę później pożałowałem mego poprzedniego tonu. To było tak jakbym był na niego zły za to, że wyraził swoje zdanie. A wcale tak nie było. Spojrzałem na niego. Na twarzy zamiast choćby lekkiego uśmiechu, widniał smutek. Nie bardzo wiedziałem co powiedzieć. Moja "duma" rozkazała mi siedzieć cicho i czekać na dalszy przebieg zdarzeń. Zapanowała niezręczna cisza. Zwykle coś takiego działało na mnie kojąco. Nie lubiłem zbyt dużo mówić, a już tym bardziej słuchać tych "opowieści" płynących z ust innych. Ktoś ma coś do powiedzenia, to niech ujmie to krótko i zwięźle. Tak zawsze myślałem i raczej się to nie zmieni. Ale teraz..? Jeżeli chodzi o Takao...To że zwykle miał dużo do powiedzenia, wcale mi nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie. Zawsze wysłuchiwałem go do końca. Nie przerywając mu, próbowałem rozkminić do czego dąży. Więc to, że w tej chwili siedział cicho jak mysz pod miotłą, było...Niecodzienną sytuacją. Tak, to chciałem powiedzieć. Poczułem dziwne ciepło na ramieniu.
-Takao...?
-Shin-chan...Sądzę, że powinieneś tam pojechać...W końcu tak ciężko na to pracowałeś i w końcu Cię doceniono. Więc szkoda marnować taką okazję....Dlatego...
-Takao...Słuchaj, chętnie bym pojechał, bardzo się cieszę, że w końcu dano mi szansę, ale...Nie chcę zostawiać Cię tu samego, rozumiesz?
-To tylko dwa tygodnie...Wrócisz akurat na moje urodziny -uśmiechnął się szeroko -Ach...ale skoro nie chcesz...Czyli nie dostanę jakiegoś upominku z Paryża...-udał teatralny szloch. Westchnąłem cicho, a moje kąciki ust uniosły się ku górze.
-Pojadę...A-Ale tylko po to, żeby kupić Ci prezent na urodziny...-w odpowiedzi uzyskałem cichy śmiech.
-Dziękuję, Shin-chan.
No i tak wróciliśmy do punktu wyjścia. Jak mówiłem na początku, znajduję się we Francji. A mianowicie w Paryżu. Miasto zakochanych...co? Zwiedziłem naprawdę wiele ciekawych miejsc, poczynając od Wieży Eiffla, a kończąc na
Katedrze Notre-Dame. Zdjęcie tu, zdjęcia tam...W końcu zabrakło mi pamięci w telefonie. To się nazywa mieć szczęście, prawda? Paryż to naprawdę wspaniałe miejsce, nie wspominając już o modzie tam panującej, czy białych nocach. Jestem wdzięczny Kazunari'emu, że namówił mnie na wyjazd. Gdyby nie on, kisiłbym się teraz w klasie na lekcji. Dzień przed powrotem do domu, wstąpiłem do sklepu z pamiątkami. Różnorodny wybór...I jak tu się zdecydować? W rogu pomieszczenia na półce, dostrzegłem białego misia. W łapkach trzymał "pozłacaną" Wieżę Eiffla, a na główce miał niebieski berecik. Spodobał mi się. Przechwyciłem słodziaka i ruszyłem w stronę kasy. Zapłaciłem i z powrotem udałem się do hotelu, aby spakować walizkę.
Następnego dnia, z samego rana udaliśmy się na lotnisko. Ledwo zdążyliśmy na samolot...Ale tu nie o tym. Grunt, że jednak się udało. Podróż trwała około 5 czy 6 godzin. W Japonii trwała jeszcze noc. Postanowiłem więc udać się prosto do domu. Zostałem przywitany oklaskami i gratulacjami. Moja młodsza siostra rzuciła mi się na szyję uradowana. Cóż..tak szczerze...Również cieszyłem się, że znów mogłem z nią być. Naprawdę sympatyczne dziecko. Wziąłem szybki prysznic, przebrałem się w piżamę i zaraz po ułożeniu się wygodnie w łóżku, zasnąłem. Obudziłem się po 15...Dość późno. Nigdy tak długo nie spałem, czyżby zaczął się starzeć?
"Poranna toaleta", ubranie się, "zjedzenie śniadania", byłem gotowy do wyjścia. W biegu chwyciłem maskotkę zakupioną poprzedniego dnia i wybiegłem z mieszkania. Byłem uradowany faktem ponownego spotkania się z ciemnowłosym. Na twarzy malował się szeroki uśmiech, co było u mnie rzadkością.
Gdy znalazłem się przed domem zamurowało mnie. Stała tam karetka, a tuż obok niej zapłakana matka Takao. Pojazd odjechał, a kobieta osunęła się na ziemię rozklejając się na dobre. Spanikowałem. Podbiegłem do niej i ukucnąłem obok.
-Co się stało?! Coś z Takao?! Proszę powiedzieć!
-Kazu...Kazunari-chan...On nie żyje...-odpowiedziała przez łzy.
-C-co...? To..To jakieś żarty! -krzyknąłem i ruszyłem w stronę wejścia. Wbiegłem po schodach na górę, gdzie znajdował się pokój ciemnowłosego. Otworzyłem drzwi i szybkim krokiem wszedłem do środka.
W łóżku leżało blade jak śnieg ciało. Chwyciłem jego rękę. Była zimna...Nie wyczułem pulsu, oddechu też nie było. Miś którego dotychczas trzymałem, upadł na ziemię, a ja zaraz po nim.
-Takao nie wygłupiaj się...Takao do cholery! -do oczu napłynęły mi łzy. Przecież dziś jego urodziny...
-Midorima-kun...on...Kazunari-chan...nie ma go już z nami...
-Nie zgadzam się na to! Obudź się! Wróć do nas, Takao! -krzyczałem płacząc -Wróć do mnie! KAZUNARI!
Kilka dni później odbył się pogrzeb. Od dnia śmierci ciemnowłosego byłem pod opiekę psychologa, tak samo jak jego matka. Straciłem go...To był cios prosto w serce...Kiedy wszyscy rozeszli się, podszedłem do grobu. Złożyłem na nim białą różę.
-Dotrzymałem obietnicy, Takao...Wkrótce...Wkrótce znowu się spotkamy...-po moim policzku spłynęła samotna łza.
-Dziękuję Ci, Shin-chan...

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
No i koniec...Heh..^^"
Mam nadzieję, że ktoś dobrnął do końca..^^"
Ja wiem, ostatnia część nie bardzo wyszła ;-; Gomene ;-; Bardzo, bardzo ;-;
Szablon wykonała Nessa Daere.